Tyle już za Nami, a teraz Święta przed Nami.
Trochę się u Nas wydarzyło w ostatnim czasie. Nie pisałam o tym ponieważ przez równy miesiąc nie miałam dostępu do internetu. Sieć Orange mnie zawiodła i przez miesiąc byłam odłączona od sieci.
Dziś zacznę od Marleyka i jego problemów zdrowotnych : mój biszkopt od jakiegoś czasu jest na sterydach, które mają pomóc w zmniejszeniu się guza. Oczywiście poprawa już jest. Ogromnie mnie to cieszy, a Marleya cieszy chyba jego ogromny apetyt. Za tydzień idziemy kolejny raz do weterynarza aby usłyszeć co dalej mamy robić i jak żyć. A teraz czas na Lorkę, która nie potrafi usiedzieć w miejscu nawet przez chwilę. Ostatnio pewnej nocy maleństwo strasznie źle się czuło. Przez cały dzień miała biegunkę, ale myślałam, że coś jej zaszkodziło i przejdzie samo, ale niestety nie miałam racji i mała Lorka z minuty na minutę czuła się coraz gorzej. W końcu nastał późny wieczór i pora na ostatni Nasz spacer na którym Lorka zawsze koniecznie chciała być. Tamtym razem Lorka nie pojawiła się przy drzwiach i to już był dla mnie sygnał, że z małą jednak dzieje się coś poważniejszego. Po godzinie mała leżała i drżała. Nagle zaczęła szybciej oddychać, a potem nawet i płakać błagającym tonem o pomoc. Strasznie zrobiło się mi jej żal. Nie wiedziałam co mam robić. Tata już spał, a była godzina ok. 24:00 więc nie ukrywam ale dotarcie do weterynarza o tej porze nie było dla mnie takie łatwe. Ale jeszcze bardziej trudniejszy, a co więcej cholernie bolesny był widok mojej cierpiącej Lorki... kiedy na chwile się uspokoiła postanowiłam postawić ją na ziemi i zobaczyć jak silna jest moja Lorka. Niestety mała po postawieniu ją na ziemi upadła nie mogąc utrzymać się na łapkach. Wtedy już został włączony "alarm" w domu i ruszyliśmy jak najszybciej do weterynarza. Lorcia na miejscu dostała 3 zastrzyki i inne leki, które miałam jej podać w domu. Przez całą noc nie spałam, a ona wymiotowała co chwile. Następnego dnia było już lepiej i tak a z każdym dniem mała wracała do zdrowia i była coraz bardziej silniejsza. Przez trzy dni musieliśmy stawiać się u weterynarza na zastrzyki, a mała dwa dni nic nie mogła jeść. Chyba to była jej najgorsza kara za to, że zapewne podjadła coś na dworze i jej mały brzuszek tego nie wytrzymał. Dziś jesteśmy wszyscy zdrowi i silni. Małymi krokami szykujemy się do świąt, a dwa dni temu ubraliśmy wspólnie choinkę. Marley leżał obok i co chwile ziewał, a Lorcia zabierała bombki. Właściwie teraz ubieramy choinkę codziennie, bo kiedy my śpimy to Lorcia zdejmuje łańcuchy i bombki mając przy tym chyba dobrą zabawę. Ale za to właśnie bardzo ją kocham, tak jak i moich chłopaków na czterech łapach.
Trochę się u Nas wydarzyło w ostatnim czasie. Nie pisałam o tym ponieważ przez równy miesiąc nie miałam dostępu do internetu. Sieć Orange mnie zawiodła i przez miesiąc byłam odłączona od sieci.
Dziś zacznę od Marleyka i jego problemów zdrowotnych : mój biszkopt od jakiegoś czasu jest na sterydach, które mają pomóc w zmniejszeniu się guza. Oczywiście poprawa już jest. Ogromnie mnie to cieszy, a Marleya cieszy chyba jego ogromny apetyt. Za tydzień idziemy kolejny raz do weterynarza aby usłyszeć co dalej mamy robić i jak żyć. A teraz czas na Lorkę, która nie potrafi usiedzieć w miejscu nawet przez chwilę. Ostatnio pewnej nocy maleństwo strasznie źle się czuło. Przez cały dzień miała biegunkę, ale myślałam, że coś jej zaszkodziło i przejdzie samo, ale niestety nie miałam racji i mała Lorka z minuty na minutę czuła się coraz gorzej. W końcu nastał późny wieczór i pora na ostatni Nasz spacer na którym Lorka zawsze koniecznie chciała być. Tamtym razem Lorka nie pojawiła się przy drzwiach i to już był dla mnie sygnał, że z małą jednak dzieje się coś poważniejszego. Po godzinie mała leżała i drżała. Nagle zaczęła szybciej oddychać, a potem nawet i płakać błagającym tonem o pomoc. Strasznie zrobiło się mi jej żal. Nie wiedziałam co mam robić. Tata już spał, a była godzina ok. 24:00 więc nie ukrywam ale dotarcie do weterynarza o tej porze nie było dla mnie takie łatwe. Ale jeszcze bardziej trudniejszy, a co więcej cholernie bolesny był widok mojej cierpiącej Lorki... kiedy na chwile się uspokoiła postanowiłam postawić ją na ziemi i zobaczyć jak silna jest moja Lorka. Niestety mała po postawieniu ją na ziemi upadła nie mogąc utrzymać się na łapkach. Wtedy już został włączony "alarm" w domu i ruszyliśmy jak najszybciej do weterynarza. Lorcia na miejscu dostała 3 zastrzyki i inne leki, które miałam jej podać w domu. Przez całą noc nie spałam, a ona wymiotowała co chwile. Następnego dnia było już lepiej i tak a z każdym dniem mała wracała do zdrowia i była coraz bardziej silniejsza. Przez trzy dni musieliśmy stawiać się u weterynarza na zastrzyki, a mała dwa dni nic nie mogła jeść. Chyba to była jej najgorsza kara za to, że zapewne podjadła coś na dworze i jej mały brzuszek tego nie wytrzymał. Dziś jesteśmy wszyscy zdrowi i silni. Małymi krokami szykujemy się do świąt, a dwa dni temu ubraliśmy wspólnie choinkę. Marley leżał obok i co chwile ziewał, a Lorcia zabierała bombki. Właściwie teraz ubieramy choinkę codziennie, bo kiedy my śpimy to Lorcia zdejmuje łańcuchy i bombki mając przy tym chyba dobrą zabawę. Ale za to właśnie bardzo ją kocham, tak jak i moich chłopaków na czterech łapach.





0 komentarzy.:
Prześlij komentarz